Kubanski delirium

Kubańskie delirium

Kuba jest krajem dla nas wyjątkowo interesującym, ponieważ nasze pokolenie wychowało się w okresie, kiedy Polska przechodziła transformacje ustrojową i o komunizmie słyszeliśmy już tylko z opowiadań naszych rodziców. Była to podróż, kiedy mogliśmy doświadczyć tych historii na własnej skórze. Teraz jeszcze lepiej rozumiemy jakie były to czasy i jak zbawienna dla jednych i trudna dla pozostałych była to transformacja.

Matanzas – pierwsze dni na Kubie

Po zakończeniu części pierwszej naszej podróży, lotem z Edmontom, przez Toronto dolecieliśmy do lotniska Varadero. Przy kontroli paszportu zostaliśmy przetrzymani do dalszego wyjaśnienia, ponieważ nie był to przypadek standardowy – polskie paszporty przyleciały z Kanady. Zaczęło się od wywiadu gdzie pracujemy, gdzie będziemy spać, skąd wylatujemy. Trwało to kilka minut, w pewnym momencie aż kilka osób dyskutowało nad naszym losem. Ostatecznie zrozumieli, że i takie przypadki istnieją, że przylatują z Kanady, wylatują do Meksyku a są Polakami.

W samolocie otrzymaliśmy do wypełnienia kartę turysty i deklaracje celne. Kartę turysty należy wręczyć przy wylocie, więc lepiej jej nie zgubić.

Do aklimatyzacji wybraliśmy miejscowość Matanzas, gdzie spędziliśmy 3 dni. Tradycyjną, starą, kubańską taksówką pojechaliśmy do naszego domu gościnnego (Casa Particular). Jeszcze na lotnisku wybraliśmy się do kantoru. Na Kubie istnieją dwie waluty, jedna to tak zwana ‘turystyczna’ – pesos convertible (CUC), gdzie 1 CUC = $1 oraz druga – Pesos Nacional, gdzie 1 MN = 0.04 CUC (lub 25 MN = 1 CUC). Tak jak dwie waluty tak i dwa światy można doświadczyć na Kubie. Turystyczny i lokalny. Ten świat lokalny jest ciekawszy, prawdziwszy, tańszy, ale bardziej wymagający i nie dla wszystkich.

Po rozgoszczeniu się w naszym skromnym pokoju, poszliśmy do najbliższego sklepu. Sklep, gdzie płaci się walutą turystyczną, “dolarami”, gdzie Kubańczycy kupują rzadko i mało. Pierwsza obserwacja była taka, że półki są w większości pełne, ale wybór produktów jest mocno ograniczony. Soczki tego samego rodzaju zajmują trzy segmenty wertykalnie i horyzontalnie… Ruch mały, ale obsługa liczyła 4 osoby, w tym jedna pani na kasie a reszta siedziała na nierozpakowanym towarze i sobie gawędziła, szperała na komórkach. “Czy się stoi czy się leży, płaca się należy” echo powiedzenia brzmiało w głowie.

Jeszcze tego samego dnia wybraliśmy się na posiłek do lokalnego baru z jedzeniem. Do wyboru był makaron i pizza. Wybraliśmy makaron, bo pizza zauważona na innych stołach nie wyglądała apetycznie. Nasz posiłek składał się z makaronu, małej ilości sosu pomidorowego i tartego sera. Byliśmy zmęczeni i głodni po podróży. Mimo, że głód to najlepsza przyprawa, makaron był mdły i bez wyrazu. Była to zapowiedź, że na Kubie jedzenie jest niskiej jakości. Ciężko jest znaleźć dobre posiłki w przystępnej cenie, ale nie jest to niemożliwe.

Jeszcze jedna rzecz dała nam się we znaki – smród spalin na ulicy. Jeśli masz samochód na Kubie, jesteś wielkim szczęściarzem a jeśli jeździ, to już w ogóle bomba. Stare samochody, silniki przerabiane pięć razy, brak filtrów powoduje, że przy głównych arteriach ciężko się oddycha. Mieliśmy ochotę założyć maski, ale nie mieliśmy pod ręką.

Mimo wszystko byliśmy podekscytowani naszym pobytem na Kubie. Mieliśmy świadomość, że być może to będzie najbardziej egzotyczny kraj w naszej podróży.

Następnego dnia ucieszyliśmy się, bo odkryliśmy miejsca, gdzie zwykli Kubańczycy robią zakupy. Jedno miejsce to była piekarnia w pawilonie pod blokiem mieszkalnym, gdzie mogliśmy kupić bułkę za 1 MN ($0.04) oraz sklep spożywczy, gdzie było tylko kilka produktów, w większości w puszkach. Zdecydowaliśmy się na marmoladę z guayaby (narodowy owoc Kuby) za 10 MN ($0.4). Ciekawe było to, że bułki były nam podane z ręki do ręki i mieliśmy wrażenie, że worek foliowy to towar luksusowy. W końcu sytuacja nas zmusiła, żeby zachować się bardzo ekologicznie i worki, które przywieźliśmy używaliśmy kilkadziesiąt razy, nawet zdarzało się, że je myliśmy 🙂

Kolejnym wyzwaniem było podłączenie się do Internetu, żeby dać znać światu, że szczęśliwie dojechaliśmy. Na Kubie internet jest dostępny w wyznaczonych parkach przez wifi. Aby kupić dostęp do Internetu należy udać się do punktu ECETSA, który często znajduje się w pobliżu. Należy okazać paszport i wykupić kartę zdrapkę. Cena to 1 CUC “USD” za 1h. Na karcie znajduje się login i hasło, które trzeba przepisać na stronie logowania po podłączeniu się do sieci Wi-Fi. Niestety Internet był bardzo wolny, zdołaliśmy jedynie użyć komunikatoru Whatsapp, który jest bardzo zoptymalizowany jeśli chodzi o transfer danych. Zwykłe strony ładowały się zbyt wolno. Najlepiej jest korzystać z wifi poza godzinami szczytu lub szukać alternatywnych miejsc jak na przykład hotele, gdzie też należy używać zdrapek, ale jakość Internetu jest często lepsza.

Do Matanzas wybraliśmy się jedynie dlatego, że znaleźliśmy tam tani nocleg blisko lotniska. Normalnie nie jest to popularne miejsce i nigdzie nie było polecane, ale z czasem doceniliśmy ten fakt, bo nie było tu turystycznie, mało kto nas zaczepiał i mogliśmy obserwować prawdziwe, lokalne, życie Kubańczyków.

W większości wypadków jeśli Kubańczyk sam do nas zagadywał, ostatecznie o coś nas prosił, czy to o pieniądze czy chciał zareklamować swoje usługi. Prawdziwie sympatyczne interakcje mieliśmy, kiedy my inicjowaliśmy rozmowę. Wtedy byli bardzo ciekawi i pomocni. Kiedy mieliśmy już wyjeżdżać, szukaliśmy taksówki, żeby podjechać do stację autobusową. Kręcąc się po ulicach, zapytaliśmy o drogę napotkane mężczyznę, który okazał się nauczycielem angielskiego i był zainteresowany naszą historią. Nawet nadrobił trochę drogi, aby pokazać nam postój taksówek i później dla nas negocjował cenę przejazdu.

Nasz 3-dniowy pobyt w Matanzas dobiegał końca. Kiedy czekaliśmy na stacji autobusowej podszedł do nas młody pracownik z firmy transportowej, aby otagować nasze bagaże i oznajmił, że bagaż kosztuje dodatkowo $4. Odruchowo zapłaciliśmy, ale kiedy zaznajomiłem się z warunkami przewozu, co prawda, jest możliwa dodatkowo opłata, ale tylko jeśli waga przekracza 20 kg i wtedy jest to dopłata maksymalnie $0.4. Nasze bagaże ważyły mniej, jasne było, że chciał nas naciągnąć, więc doprowadziłem do oddania nam tych pieniędzy. Był to pierwszy raz kiedy doświadczyliśmy tego, że szczególnie w państwowych firmach (czyli prawie wszystkich) jest popularne by oszukiwać obcokrajowców na kilka dolarów. Zwykle są to małe kwoty, ale mamy wybór, albo się tym nie przejmować i uznać to za ‘wymuszony’ napiwek albo dokładnie sprawdzać ceny, liczyć kwotę, resztę. Akurat w naszym wypadku, małego budżetu, woleliśmy dokładnie wszystko liczyć. Ostatecznie owy chłopak dostał na pocieszenie napiwek, za pomoc w przeniesieniu bagażu, ale taki jaki my chcieliśmy mu dać.

Varadero raj All Inclusive

Będąc jeszcze w Matanzas zrobiliśmy jednodniową wycieczkę do Varadero, czyli wąskiego półwyspu słynącego z pięknej plaży i setek położonych przy niej hoteli. O ile samo miejsca jest bardzo turystyczne, to sposób w jaki do niego dojechaliśmy, jak najbardziej lokalny. Mianowicie była to duża ciężarówka “Caminion” za 10 MN ($0.40) ze zwykłymi ławkami, gdzie o komforcie i bezpieczeństwie nie słyszano. Ale to właśnie z takich momentów można stworzyć sobie obraz “jakby to było, gdybym tutaj mieszkał”.

Jeśli kupilibyśmy wczasy all-inclusive z dużą pewnością przyjechalibyśmy właśnie do Varadero. Piękne plaże, mnóstwo hoteli, tylko problemem tego miejsca jest taki, że są tam tylko plaże i hotele. Nie ma domów zwykłych Kubańczyków. Liczne inwestycje hotelowe przypominają jeszcze o jednej rzeczy, gospodarka opiera się tutaj na turystyce. Kuba była traktowana jak dziecko Związku Radzieckiego i w momencie jego rozpadu, zapadła tutaj żałoba, jak po wczesnej, niespodziewanej śmierci rodzica. Ten “okres specjalny”, jak nazywają go Kubańczycy, był czasem bardzo dla nich ciężkim, brakowało wszystkiego. Przyzwyczajeni do wymiany handlowej i dostaw od Bloku Wschodniego, nagle musieli się usamodzielnić i tak został obrany kierunek “turystyka”.

Trinidad

Nasza podróż z Matanzas do Trinidad zajęła kilka godzin. W tym czasie mieliśmy okazję obserwować wieś na Kubie. Bez zaskoczenia, ujrzeliśmy krainę biedną, gdzie powozy konne są standardem a domy błagały o remont. Życie jest bardzo skromne, ale wszyscy mają co jeść i gdzie spać. Są miejsca na świecie, gdzie jest gorzej.

Wieczorem dojechaliśmy do Trinidad, małego, kolonialnego miasteczka. Nasz pobyt został zaplanowany na 8 dni, czyli długo jak na tą miejscowość. Normalnie ludzie spędzają tutaj 1-3 dni. Zaczęliśmy realizować naszą potrzebę wolnego podróżowania. Naszym gospodarzem była Teresa, która jest już na emeryturze i mieszka z dwudziestoletnim synem, a jej drugi syn wyemigrował do Australii. Zjawisko emigracji jest obecne w prawie każdej rodzinie i jest nadal marzeniem dla wielu. Posiadanie kogoś za granicą daje wsparcie finansowe i szanse na uruchomienie swojego biznesu.

Trinidad nas zauroczył, bo to klimatyczne, małe miasteczko, z ruchliwymi uliczkami wypełnionymi lokalnym życiem i muzyką. Jednak napotkaliśmy problem, kiedy chcieliśmy znaleźć dobre i tanie miejsce do jedzenia. Okazało się, że wszystkie restauracje i bary były nastawione na turystów i za posiłek trzeba zapłacić co najmniej 5-7 CUC (5-7 USD). Zaakceptowaliśmy ten fakt i stwierdziliśmy, że nadrobimy to w Hawanie, gdzie na pewno znajdziemy coś tańszego. Dzięki temu, mogliśmy doświadczyć tego, że są miejsca na Kubie, gdzie można zjeść bardzo dobre posiłki. Naszą ulubioną restauracją był San Jose, gdzie wieczorami ustawiały się długie kolejki. Już po pierwszej wizycie wiedzieliśmy dlaczego. Dobra obsługa, duże porcje i dopracowane jedzenie. Cena do jakości w porównaniu do innych miejsc jak najbardziej na plusie.

Mieszkaliśmy kilka minut od głównego placu. Było to bardzo wygodne, ale problemem było to, że dokładnie pod naszym domem był główny punkt dla taksówkarzy. Za każdym razem wychodząc z domu, czy to na chwilę do sklepu, czy na wieczorny spacer, musieliśmy przejść przez rząd taksówkarzy. Każdy z osobna musiał do nas rzucić: “Taxi?”, “Tanie Taxi Do Varadero”, “Taxi do Hawany”. Na początku nie przeszkadzało nam to tak bardzo, ale po kliku dniach cierpliwość nam się już kończyła, jakby nie mogli zapamiętać naszych twarzy, że my tutaj właśnie mieszkamy od tygodnia i nie potrzebujemy żadnej taksówki.

Dookoła Trinidad znajdują też inne ciekawe miejsca, więc nie ograniczaliśmy się tylko do centrum. Wybraliśmy się do małej, sąsiadującej wioski, Casildy. W ten dzień wzięliśmy ze sobą upominki. Przeczytaliśmy w jednym z przewodników, że miło jest przywieźć kilka drobiazgów dla Kubańczyków. Zatem kupiliśmy piłki do piłki nożnej, flamastry, kredki, notatniki. Chodząc po wiosce wręczaliśmy je napotkanym dzieciom. Najbardziej entuzjastycznie zareagowali chłopcy, których spotkaliśmy nudzących się pod drzewem. Na pytanie co lubią robić odpowiedzieli, że grać w piłkę nożną, ale akurat kolega, który posiada taką wyjechał i w sumie nie mają co robić. My akurat mieliśmy jedną i bardzo się ucieszyli na jej widok. Miałem okazję chwilę z nimi zagrać.

Krążąc po okolicy spotkaliśmy jeszcze stróża, pracownika ochrony. Typowy starszy Pan, którego pracą jest “bycie”. Pierwszy do nas zagaił i ostatecznie okazało się, że liczy na jakąś gotówkę lub papierosy. Jako, że był to dzień dobroczynności, kupiliśmy mu paczkę papierosów i w drodze powrotnej wręczyliśmy. Wtedy wywiązała się dłuższa rozmowa w której opowiedział trochę o swoim życiu. Zdradził, że zarabia około 300 MN, czyli 12 USD i że takie pieniądze starczają na niewiele. Prawdą jest, że zarobki Kubańczyków są bardzo niskie, ale podstawowe potrzeby też są dostępne w niskich cenach. Służba zdrowia, edukacja są za darmo, rachunki za wodę niezauważalne, prąd też wychodzi tanio, jeśli nie używa się klimatyzacji. Dodatkowo każdy ma przydział na jedzenie w symbolicznych cenach, które można wykupić w specjalnym lokalnym sklepie w systemie “na kartki”. Ale jak taki człowiek miałby zrobić remont domu, jeśli śrubokręt kosztuje 8 USD, albo zjeść kawałek czekolady, której cena to 25% miesięcznej wypłaty? Taki odpowiednik stróża i w Polsce miałby ciężko, ale tutaj nawet lekarz zarabia około 35 USD, niewiele więcej. Na Kubie tak naprawdę są dwie możliwe drogi by godnie żyć. Zatrudnić się w państwowej firmie i być na stanowisku, na którym łatwo kombinować, dorabiać na boku, lub pracować w turystyce. Jaki jest najlepiej płatny zawód na Kubie? Taksówkarz. Na jednym kursie może zarobić tyle, ile przeciętny Kubańczyk w kilka miesięcy. Nie ma co się dziwić, że ceny 126p “Malucha” sięgają 7-8 tys. USD a stare, radzieckie Lady chodzą po 15 tys. USD. Tylko życie takiego taksówkarza to duży stres. Wystarczy jeden wypadek, który wyeliminuje źródło dochodu, na którym opiera się często kilkanaście osób, całe rodziny. Ubezpieczenia na rynku są dostępne tylko na bardzo małe kwoty, ale nawet jeśli dostanie się pieniądze to i tak są bezużyteczne, bo po prostu części samochodowe są prawie niedostępne. Tak dochodzimy do wniosku, że ten system nie wykorzystuje potencjału ludzkiego optymalnie. Nauczyciele, lekarze, inżynierowie, wszyscy chcą sprzedawać pamiątki turystom lub jeździć taksówką.

W ramach zwiedzania okolic Trinidad, mieliśmy okazję wybrać się na pobliską plażę, Playa Ancoa. Dojechaliśmy tam specjalnym turystycznym autobusem (5 USD w dwie strony), który przystanek miał dokładnie pod naszym domem, bardzo wygodne.

playa-ancoa-trinidad

Innego dnia wypożyczyliśmy rowery na cały dzień (5 USD za sztukę) i wybraliśmy się w stronę punktu widokowego Mirador, gdzie za zaparkowanie rowerów kazali sobie zapłacić 3 USD. Cóż, tylko na Kubie płaci się za parking dla rowerów (ewidentnie nie było to oficjalne rozporządzenie, tylko sposób na wyciągnięcie pieniędzy od Pana parkingowego). Oczywiście nie lubimy takich rzeczy i poradziliśmy sobie bez tej rowerowej opłaty parkingowej. Przy samym punkcie widokowym znajdowała się restauracje i widok na dolinę.

Kontynuując dalej naszą wyprawę rowerową dojechaliśmy do wieży oraz obiektu z prasą do trzciny cukrowej. Te wszystkie atrakcje były rozczarowujące, ale tak na prawdę jazda rowerem przez okolice była główną frajdą. Mieliśmy też okazję napić się soku ze świeżo wyciskanej trzciny cukrowej, akurat się przydało, bo byliśmy wyczerpani bo intensywnym pedałowaniu w upale.

Mimo, że grudzień, styczeń to najchłodniejsze miesiące, dla nas i tak często było za gorąco. Nawet nie chcę sobie wyobrażać jaki musi być skwar w najbardziej gorących miesiącach. Polecamy zwiedzać Kubę w tych chłodniejszym czasie, który jest i tak najpopularniejszy wśród turystów. Jeden z rowerów nam szwankował, więc musieliśmy trochę skrócić trasę, i bardzo dobrze bo ostatnie kilometry w mieście musieliśmy już iść na piechotę, bo pękła szprycha i przebiła się opona.

Będąc w Trinidad polecamy odwiedzić wieczorem Casa de la Musica, która znajduje się na głównym placu, więc i tak ciężko byłoby to przeoczyć. Odbywają się tam koncerty na żywo, gdzie można usiąść przy stoliku bądź potańczyć na małym parkiecie. Jest dużo lokalnych Kubańczyków, którzy z ochotą porwą w wir tańca niewiasty lubiące się w salsie.

Następnym ciekawym miejscem jest klub Atayla. Nie jesteśmy ludźmi imprezowymi, ale ta dyskoteka jest położona w nadzwyczajnym miejscu – naturalnej jaskini. Trzeba zejść kilkanaście metrów, aby dojść do dwóch sal z muzyką i barem. Wejście kosztuje 5 USD i jest w to wliczone jeden drink. Nie żałowaliśmy swojego wyboru, miło spędziliśmy wieczór w nadzwyczajnej scenerii równocześnie obserwując jak się ludzie bawią na Kubie.

Edukacja na Kubie jest na wysokim poziomie. Wszyscy wiedzieli, gdzie na przykład jest Gibraltar, znali też dużo faktów z historii Polski. Oczywiście, nie robiliśmy dokładnego testu z wiedzy, ale nawet przysłowiowy pan “parkingowy” wiedział dużo. Tutaj sobie żartują, że w rewolucji udały się trzy rzeczy edukacja, zdrowie, sport, a trzy trochę gorzej: śniadanie, obiad, kolacja.

Na koniec pobytu w Trinidad musieliśmy zorganizować transport do naszego kolejnego punktu – Hawany. Do wyboru był autobus turystyczny “VIAZUL”, który kosztuje 25 CUC (25 USD) od osoby, ale udało nam się wynegocjować z taksówkarzem przejazd za 20 CUC (20 USD) od osoby. Było to znacznie korzystniejsze, bo taksówkarz, nie dość że tańszy, to jeszcze podwozi pod konkretny adres. Umówiliśmy, że na rano następnego dnia. Taksówkarzem miał być ojciec chłopaka z którym się umówiliśmy. Na wizytówce auto wyglądało całkiem porządnie. Niestety, następnego dnia podjechała inna taksówka, z innym kierowcą, auto było w znacznie gorszym stanie. Było to taxi colectivo, więc jechała z nami jeszcze para z Hiszpanii. W samochodzie mało co działało, tysiące kabli wystawały spod kierownicy. Oczywiście pasy też nie działały. Dodatkowo kierowca miał styl dosyć agresywny, więc początek był emocjonujący. Na szczęście kiedy w połowie trasy dojechaliśmy do autostrady, nie było już potrzeby wyprzedzania i nadzieja na przeżycie znacząco wzrosła. Taksówkarz nie znał topografii Hawany i ciężko było znaleźć docelowo miejsce naszych współpasażerów. Kierowca próbował korzystać z GPS na swoim małym smartfonie, ale było to kłopotliwe. Na szczęście aplikacja maps.me, która działa offline, nam pomogła. Jeśli jedziecie na Kubę, koniecznie zainstalujcie sobie mapę offline maps.me, bardzo nam pomogła w nawigacji po Kubie. Jest sporo rzeczy już tam pozaznaczanych, jak na przykład punkty wifi.

taxi kuba

Hawana

Szczęśliwi, że w całości dojechaliśmy do Hawany, wysiedliśmy przed naszym nowym domem. Nowymi gospodarzami było starsze małżeństwo na emeryturze. Adis była lekarzem, foniatrą, natomiast Pepe był pracownikiem biurowym i taksówkarzem. Akurat nasz pobyt pokrywał się z remontem w domu za co bardzo przepraszali, ale nie chcieli nam odwoływać rezerwacji, żeby nie robić nam problemów. Poza tym mieliśmy tam zostać 11 dni, co jest bardzo długim pobytem, bo normalnie ludzie zostają 1-3 dni. Adis była z tego zadowolona, że trochę odpocznie od codziennego sprzątania i każdorazowego przedstawiania siebie i okolicy. Przerabiali garaż na swoją nową sypialnie, tak aby cały dom, czyli 3 sypialnie mogły być przeznaczone dla turystów. Na Kubie jeśli jakimś cudem są dostępne materiały budowlane i ekipa jest wolna, trzeba zaczynać remont bez zwłoki.

casa particular hawana

Rozpoczęliśmy eksplorację Hawany, a przede wszystkim trzy dzielnice: Starą Hawanę, Hawanę Centralną i Vedado.

Stara Hawana

Stara Hawana to dzielnica najbardziej znana i najlepiej zachowana, która jest centrum turystyki. Znajduje się tu większość znanych budynków, barów, restauracji. Aby poznać lepiej to miejsce wybraliśmy się na spacer z przewodnikiem na tak zwany ‘free tour’, gdzie na koniec daje się napiwek. (Polecamy, codziennie o 10.30 spod baru Floridita rozpoczyna się wycieczka.) Przewodnik był naszym rówieśnikiem i dobrze mówił po angielsku. Dla mnie najlepszą częścią tej wycieczki był moment, kiedy na koniec poszliśmy do lokalnej restauracji i mogliśmy zadać sporo pytań na temat życia na Kubie z perspektywy młodej osoby.
El Capitolo, czyli budynek wybudowany na podobieństwo Kapitolu w Waszyngtonie, jest granicą między Starą i Centralną Hawaną. Oprócz tego przypomina to o silnych wpływach kapitału amerykańskiego na Kubie przed rewolucją. W końcu było to ówczesne Las Vegas dla amerykańskiego społeczeństwa, gdzie wszyscy bawili się dobrze oprócz zwykłych Kubańczyków.

capitolio hawana

Hawana Centralna

Hawana Centralna wywarła na nas największe wrażenie, ponieważ to tu mieliśmy okazję zobaczyć obraz rozpadających się kamienic przeplatający się z codziennym życiem. Brak remontów i konserwacji wykreował pejzaż wojenny. Widać początki modernizacji tej dzielnicy. Niektóre ulice były rozkopane, ponieważ kładli wodociągi… to znaczy do tej pory mieszkańcy czerpali wodę z beczkowozów.

hawana centralna

Vedado

Vedado jest największa dzielnicą, mniej turystyczną, której centrum to centrum hawańskie dla Kubańczyków. Większość zabudowy to jednorodzinne domy, które nie są w tak złym stanie jak nieruchomości w Hawanie Centralnej. Tutaj spędzaliśmy najwięcej czasu, chodziliśmy do kina, na lody, cyrku czy Fabrica Del Arte. Mieliśmy też swoją ulubiony bar do którego chodziliśmy prawie codziennie, a nawet kilka razy dziennie. Jedzenie było dobre i niedrogie. Spotkaliśmy raz tam Szweda, który przyjeżdża do Hawany od kilkunastu lat na zimowe miesiące i potwierdził, że jest to jedno z najlepszych miejsc, jeśli dbasz o budżet.

Vedado Hawana

Podczas pobytu w Hawanie staraliśmy się żyć jak lokalni. Zawsze korzystaliśmy z komunikacji miejskiej. Przystanki autobusowe w większości przypadków mają oznaczenie i są wymienione numery autobusów. Rozkładu nie ma, ale najdłużej zwykle czekaliśmy 30 minut. Trasa autobusu nie jest opisana, więc jest to wiedza, którą się nabywa z czasem dzięki własnemu doświadczeniu i pomocy innych. Zaskakująco autobusy były całkiem nowoczesne, w dobrym stanie. Cena przejazdu to 0.4MN ($0.016), czyli jak za darmo. Muszę przyznać, że czasami było ekstremalnie tłoczno, ale dzięki temu mamy poczucie dobrej integracji z Kubańczykami 😉

autobus hawana kuba

Wyjątkowo pusty autobus w Hawanie.

Jedną z atrakcji w parku La Rampa, centrum Vedado, jest lodziarna Coppelia. Założona z inicjatywy Fidela Castro, który uwielbiał lody. Ustawiają się tam długie kolejki, ponieważ cena jest niska 1MN za jedną gałkę a jakość wysoka. Relację z tego miejsca można obejrzeć poniżej:

Na tym samym skwerze znajduje się kino Yara. Największe centrum kina na Kubie. Codziennie dostępne są aż dwa seansy, bilety kosztują 2 MN. Wybraliśmy się na film pod tytułem ‘Los buenos demonios’ produkcji kubańskiej. Co było miłe, przed filmem, zamiast reklam, był wyświetlony film krótkometrażowy. Fabuła głównej projekcji skupiała się na historii taksówkarza, który okradał i mordował turystów, aby zarobić na otwarcie restauracji. Heh, idealny film dla obcokrajowców. Najgorsze było to, że nie doczekał się kary za swoje zbrodnie. Film był odzwierciedleniem marzeń, problemów i patologii obecnych w kubańskim społeczeństwie. Najbardziej mnie zaskoczyło, że był ukazany (pośrednio), problem wymuszania łapówek przez policjantów. Ciekawe, że to przeszło przez cenzurę.

yara-kino-hawana-kuba

Kino Yara, Hawana, Kuba

Scena kina Yara spełnia jeszcze jedną funkcję – cyrku. W soboty i niedzielę można wybrać się na spektakl Cyrku Narodowego Kuby. Wszystko dzieje się na małej scenie, gdzie prezentowane są indywidualne występy. Poziom widowiska nie był wysoki, ale najważniejsza grupa docelowa – kubańskie dzieci – miała niezła zabawę. Bilety kosztowały 15 MN.

Sala kinowo-cyrkowa Yara, Hawana, Kuba

Sala kinowo-cyrkowa Yara, Hawana

Kolejnym miejsce wartym polecenie jest Fabrica Del Arte Cubano. Połączenie klubu z kilkoma scenami i galerią sztuki. Miejsce magiczne w Hawanie, ponieważ pozwala poczuć się jak w innym świecie, poza Kubą. Zaskakująco w galerii sztuki było kilka aluzji niepoprawnych politycznie, ale i tak grupą docelową są raczej turyści i uprzywilejowani Kubańczycy. Na Kubie byliśmy odłączeni od Internetu, telewizji, więc kiedy na jednej scenie były wyświetlane zachodnie teledyski, poczuliśmy nostalgię za tym “normalnym” światem. Sztuka jest ważna częścią życia Kubańczyków, stąd też wywodzi się wielu artystów znanych na całym świeicie. Centrum Fabrica Del Arte jest czynne od czwartku do niedzieli, od godziny 20. Wejście kosztuje 2 CUC. Na każdy dzień przygotowany jest program wieczoru. Byliśmy tam dwa razy i udało się nam zobaczyć pokaz lekcji tańca nowoczesnego i pokaz mody.

Podczas naszego pobytu odbywał się festiwal książki, który był połączony z jarmarkiem. Była to okazja by spędzić dwa popołudnia przy muzyce, jedzeniu i obejrzeniu ofert kubańskich wydawnictw. Kilka tytułów antyamerykańskich książek zwróciły moją uwagę. Będąc jeszcze na tym samym jarmarku, kupiłem jedzenie na wynos, podane w kartoniku. Zestaw nie zawierał sztućców, szukałem jeszcze w innych miejscach, ale nie mogłem znaleźć widelca czy łyżki. Wróciłem więc do stanowiska, z pytaniem czy aby na pewno nie ma widelca, przecież nie będę jeść ryżu palcami. Zrezygnowana pani wzięła pudełko, oderwała przykrywkę i zrobiła z niego ‘łódeczkę’ do jedzenia. Cóż, z uśmiechem i wstydem przyjąłem tę lekcję. Później z jeszcze większym zdziwieniem odkryłem, że pudełko, w którym zaserwowano mi jedzenie, ma etykiete po lekach. Mistrzostwo recyklingu, nic się nie może zmarnować.

W Hawanie spędziliśmy 11 dni i dzięki temu mieliśmy dużo kontaktu z naszymi gospodarzami. Szczególnie z Pepe, który wydawało się ma ‘zmianę’ na opiekę nad nami. Zawsze wieczorem, wracając z miasta, opowiadaliśmy swoje wrażenia i często to było punktem wyjścia do dłuższych dyskusji. Pepe już żyje długo na tym świecie, ponad 80 lat. Urodził się w latach 30., więc dobrze pamięta czasy sprzed rewolucji. Jest z niej dumny, służył w tym czasie w wojsku. Jak twierdzi, gdyby musiał to walczyłby jeszcze raz. Nie przepada za amerykanami, którym wypomina, że za często wtrącają się w interesy innych państw. Znał osobiście Che Guevare, którego ubóstwia, natomiast nie przepada za Fidelem Castro. Za każdym razem, kiedy wspomina go, nie wymawia jego imienia, tylko ruchem dłoni markuje gest chwytu za brodę, jakby bał się podsłuchów. Mówi, że na Kubie nie ma komunizmu, tylko jest fidelizm. Mimo swojej dumy wobec rewolucji zauważa wiele złych stron obecnego systemu na Kubie. Dużo narzekał na ograniczony dostęp do Internetu. W miesiącu ma około 25h połączenia analogowego, które jest bardzo wolne. Starcza na sprawdzenie poczty elektronicznej i może załadowanie mobilnej strony facebook’a, a na przykład strona google ładuje się w nieskończoność. Natomiast Internet w parku przez wifi kosztuje za dużo. Pepe ma jeszcze inny sposób na zerknięcie na świat zewnętrzny. Raz na tydzień idzie ze swoim dyskiem twardym do punktu, gdzie dostaje kilkaset gigabajtów świeżej dostawy multimediów z Internetu. Najgorsze na Kubie jest to, że nic nie jest proste, o najmniejsze pierdoły trzeba się starać, załatwiać, kombinować. Trzeba mieć dużo samozaparcia i kreatywności. Stany Zjednoczone, które nałożyły embargo na Kubę, są uważane za źródło wszelkich niepowodzeń i niedostatków. Na pewno ma to duży wpływ na trudy lokalnej rzeczywistość, ale też dzięki temu rząd ma łatwą wymówkę na wszystkie pozostałe problemy i ludzie w to wierzą.

Kuba była tak samo fascynująca jak i męcząca. Dała nam nową perspektywę na temat komunizmu, kapitalizmu i ludzkiego szczęścia. W Polsce niektórzy tęsknią za komunizmem, bo ludzie byli bardziej zależni od siebie, kwitło życie socjalne. Teraz wszystko można kupić za pieniądze. Ograniczony wybór w pewnym sensie może uszczęśliwiać, wolność nie jest łatwa i uczy ciężkiej sztuki – sztuki wyboru. Wszystko potrzebuje równowagi. Kuba i jej komunizm to jest niezdrowe ekstremum. Polecamy zwiedzać Kubę w bardziej alternatywny sposób, ponieważ w hotelu all inclusive może nas dużo ominąć tego, co w Kubie jest najciekawsze – absurdów i uroków ich codziennego życia.

Zapraszamy także do obejrzenia ujęć zwykłego życia na ulicach Hawany i Trinidad:


zwykly dzien: Hawana

Zwykły dzień: Hawana, Kuba



Zwykly dzien Trinidad Kuba

Zwykły dzień: Trinidad, Kuba