chichen-itza-meksyk3

U potomków Majów — Meksyk

11.02-09.03.2018

Powrót z socjalizmu do kapitalizmu

Z Kuby przylecieliśmy do Meksyku. Odczuliśmy ulgę, wchodząc na halę przylotów i widząc kawiarnie, bary oraz sklepy z pamiątkami wyglądające zwyczajnie, z pełną gamą różnych produktów. Z Kuby pamiętaliśmy rzędy półek tego samego towaru i ograniczony wybór, a także niezbyt miłą obsługę. W tamtym momencie Meksyk wydawał się nam wyjątkowo wspaniałym miejscem, gdzie powróciły wszystkie możliwości i wybory, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Na Kubie człowiek jest „wolny” od wyborów, a jednym z głównych zadań jest zdobycie produktów do codziennego funkcjonowania. Drugą rzeczą, jaką zauważyliśmy po przylocie do Meksyku, było inne powietrze, bardziej suche i tak gorące, że aż trochę palące. Na Kubie w powietrzu zawsze czuło się lekką bryzę morską, ale teraz byliśmy w Meridzie na Jukatanie, trochę dalej od plaży.

meksyk merida

Dziewczynka na lotnisku w Meridzie

Znajomi z Florydy

Na Florydzie pomagaliśmy rodzinie z trzynastoma kotami w przeprowadzce do domu, który kupili od pary pochodzącej z Quebec w Kanadzie. Ta przemiła kanadyjska para, usłyszawszy naszą historię, zaprosiła nas do swojego nowego domu w Meksyku na Jukatanie, gdzie chcą spędzić swoją emeryturę. Ich historia jest ciekawa, gdyż planowali spędzić emeryturę na Florydzie, jednak restrykcyjne prawo imigracyjne zmusiło ich szukać pobytu w bardziej elastycznym kraju, który jest w stanie przyjąć zamożnych emerytów. W Meksyku wydano im prawo stałego pobytu prawie od ręki. W Stanach stawiano im szereg wymagań, m.in. by stworzyli miejsca pracy dla lokalnych albo wyłożyli sporą sumę pieniędzy. Nasi znajomi byli tak sympatyczni, że odebrali nas z lotniska w Meridzie i zawieźli do swojej nowej posiadłości w uroczej rybackiej wiosce Chelem. Zamieszkaliśmy w domu z pięknym basenem i tarasem wychodzącym na plażę. Mogliśmy obserwować polujące na ryby pelikany i przepiękne zachody słońca. Oprócz nas gośćmi w posiadłości była inna para z Quebec i razem bardzo miło spędzaliśmy czas przy wieczornym winie i lokalnych przekąskach. Przy okazji naszego pobytu pomogliśmy w drobnych pracach jak przenoszenie mebli i naprawa internetu. Cieszyliśmy się, że możemy się przydać :).

meksyk-chelem

Posiadłość naszych znajomych

Chelem — wioska rybacka i rezydencje „gringos”

Chelem to mała wioska, położona na zachód od większej miejscowości Progreso. W przeszłości kojarzona była wyłącznie z rybakami, dziś jest obrazem ciekawego kontrastu. Domy znajdujące się przy plaży należą częściowo do Meksykanów, którzy korzystają z nich, gdy chcą spędzić czas w nadmorskiej miejscowości. Wieloosobowe rodziny zjeżdżają się do niewielkiego domku, gdzie wszyscy śpią na hamakach. Obecnie coraz więcej Amerykanów i Kanadyjczyków wykupuje nadmorskie domki i zmieniają je w swoje rezydencje. Przy okazji powstają bary i restauracje dla „gringos” albo przez nich prowadzone. Można znaleźć tutaj restauracje z menu po angielsku i wielu obcokrajowców.

meksyk-chelem

Chelem

Nasi znajomi do remontu swojego nowego domu zatrudnili meksykańska ekipę. Ciekawostką jest to, że robotnicy mają tutaj bardzo niskie stawki. Często panie sprzątające zarabiają więcej, więc robotnicy zwalniają się i idą pomagać swoim żoną albo siostrą w sprzątaniu rezydencji bogatszych. Natomiast w przypadku ekipy remontowej naszych znajomych okazało się, że dla kilku z nich jest to tylko praca dodatkowa i gdy nadeszła odpowiednia pora zaczęli zwalniać się, żeby iść łowić ryby. Mówili, że są rybakami i to jest ich główne zajęcie, z którego są bardzo dumni. Pośrednik pracy nie walczył o to, aby zatrzymać odchodzących członków ekipy. Bardziej opłaca mu się znaleźć nowego robotnika niż podnieść płace staremu.

meksyk-chelem

Łodzie rybaków w Chelem

Na posesji rezydencji naszych znajomych znajdowało się kilka palm kokosowych. Są one dekoracją rezydencji, ale gdy rosną na twojej posesji to musisz uważać, by dojrzałe kokosy nie zaczęły spadać, bo mogą stanowić zagrożenie. Na szczęście łatwo można rozwiązać ten problem, znajdując chętnych do ścięcia dojrzałych kokosów. Zazwyczaj zadanie oddaje się w ręce doświadczonych Meksykanów, którzy po ścięciu kokosów zabierają je ze sobą, a następnie sprzedają na ulicznych straganach i w ten sposób zarabiają na życie. Wielu z nich jest gotowych ściąć kokosy za darmo, jako że zapłatą dla nich jest zabranie kokosów na sprzedaż. Ekipa, która przyszła do naszych znajomych, miała szczęście i oprócz kokosów dostali też trochę kieszonkowego. Wszyscy byliśmy pod wrażeniem ich sprawności we wspinaniu się po palmach i sprawnym ścinaniu kokosów przy użyciu meczety. Włos się jeżył na głowie, widząc, że ci chłopcy nie mają praktycznie żadnego zabezpieczenia, jedynie jedna zwisające z palmy lina mogłaby stanowić punkt zaczepienia. Można było jednak zauważyć, że mają lata doświadczenia i zero lęku. Chyba byli zadowoleni z kokosów, jakie udało im się ściąć i nawet poczęstowali nas swoim urobkiem. Zaskoczyło nas, że ta woda kokosowa była lekko gazowana i bardzo smaczna, ale inne niż się spodziewaliśmy.

Ścinanie kokosów

Na koniec naszego pobytu w Chelem okazało się, że w wiosce odbywa się karnawał. Udaliśmy się wraz z naszymi znajomymi na wieczorny festyn. Na głównym placu rozłożyło się dużo namiotów oferujących jedzenie, upominki i gry. Byliśmy chwilę po dwudziestej, ale scena gdzie miały odbywać się występy dalej była pusta. Lokalny poinformował nas, że oficjalne rozpoczęcie jest o 10 wieczorem. Trochę nas to rozczarowało, że wszystko zacznie się tak późno. Co prawda wiemy, że w gorących krajach ludzie lubią żyć wieczorami i nocą, bo tylko wtedy mogą się cieszyć chłodem, ale o dwudziestej było już równie chłodno co dwudziestej drugiej. Później w trkacie występów niektórzy siedzieli w kórtkach i czapkach.

meksyk-chelem

Społeczność Chelem gromadzi się w centrum miasteczka

Postanowiliśmy zjeść coś małego i być może doczekać choćby jednego występują. Za namową znajomych wybraliśmy lokalne przysmaki salbutes i panuchos. Są to bardzo podobne do siebie potrawy. Bazą dla obu jest smażony kukurydziany placek. Z tą różnicą, że salbute ma bardziej puszyste ciasto, które da się przekroić i nadziać masą z fasoli. Na wierzch w obu przypadkach kładzie się kawałki kurczaka, pomidora, cebuli, sałaty i np. papryczki lub innych dodatków. Jest bardzo smaczne i syte. Do tego zamówiliśmy sobie jedną butelkę Coca-Coli, bo zauważyliśmy, że zawsze przynoszą pół litrową butle.

meksyk-chelem

Lokalne przekąski salbute i panucho

W końcu o dwudziestej drugiej zaczęły się występy. Pierwszym punktem programu był show dwóch kominków. Jeden z nich był przebrany za kobietę, a drugi był chyba sobą. Występ opierał się głównie o wyśmiewanie się z poszczególnych członków widowni. Najbardziej dostało się królom i królowym karnawału. W tym regionie i pewnie w wielu krajach Ameryki Łacińskiej, co roku wybiera się nowego króla i nową królową zabawy. Zdarza się też, że wybiera się parę królewską z różnych grup wiekowych tj. spośród dzieci, nastolatków, dorosłych, seniorów oraz osób niepełnosprawnych. Wszyscy łącznie z dziećmi ubrani są bardzo uroczyście i strojnie. O dziwo zarówno dziewczynki, jak i kobiety mają mocne makijaże. W tej części świata przebieranie dziewczynek i malowanie ich jak dorosłe kobiety nie wydaje się nikogo szokować.

meksyk-chelem

Koronacja królów i królowych

Pod koniec swojego występu komicy zaprosił na scenę nowych królów i królowe. Nastąpiła koronacja, a koronującymi były różne osoby z wyższym wykształceniem. Zawsze przy wywoływaniu kolejnej koronującej osoby przedstawiano ją z tytułem magistra lub profesora. Ciekawy zwyczaj, być może zdobycie wykształcenia jest tutaj wielkim wyczynem i dlatego jest to podkreślane. Drugim punktem programu były występy taneczne. Król i królowa byli głównymi tancerzami, znajdującymi się zazwyczaj w środku grupy tanecznej. Przyjemnie się oglądało, bo tancerze mieli wyczucie rytmu i zgrabne ruchy, ale trzeba zauważyć, że nie obyło się bez pomyłek i zawahań. Mimo to tancerze nie tracili pewności siebie, tylko kontynuowali swój taniec z takim samym uśmiechem.

meksyk-chelem

Występy taneczne w Chelem

Chelem można było bardzo łatwo i całkiem tanio przedostać się do większej miejscowości Progreso. Z centrum Chelem, co 20-30 minut odjeżdżały busiki, które za 9 peso dowoziły w rytmie meksykańskiej muzyki do centrum Progreso. Nie raz skorzystaliśmy z busa, który po jeździe na Kubie, wydawał się super bezpieczny, nowoczesny a kierowca opanowany i ostrożny :)

Karnawał w Progreso

Wyobraźcie sobie wesoły tłum, niezliczoną ilość sprzedawców ulicznych wykrzykujących zalety swoich produktów, kolorowe stoiska, głośną muzykę z ciężarówek wiozących przebierańców rzucających w tłum cukierkami. Taki właśnie był karnawał w Progreso. Niby to mała miejscowość, która ma fajną plażę i wybiła się dzięki przypływającym tam wielkim promom z zagranicznymi turystami, którzy robią sobie tutaj przystanek.

meksyk-progreso

Karnawał w Progreso

Po obejrzeniu szalonych parad wybraliśmy się na obiad do restauracji pełnej lokalsów. Jedna rodzina była tak miła, że zaprosiła nas do stołu, ponieważ nie było żadnego wolnego stolika. Ku naszemu zaskoczeniu wszyscy wcinali nie za tanie ryby, my jednak wybraliśmy kurczaka w panierce. Do obiadu zawsze obowiązkowo dostajesz kilka placków kukurydzianych, które niestety nie bardzo nam smakują, ale tutaj są bardziej popularne niż chleb. W Meksyku należy zwrócić uwagę na dwie rzeczy: surowe warzywa i kostki lodu w napojach, ponieważ mogą mieć styczność z wodą z kranu, która nie ma dobrej sławy. Także większość turystów wystrzega się tych elementów. My często zapominaliśmy o tej zasadzie i szczerze mówiąc, zdarzyły się nam problemy żołądkowe w Meksyku, ale znamy takich, którzy twierdzą, że nigdy im nic nie było. Jest to indywidualna sprawa, jednak warto mieć świadomość, co może szkodzić.

meksyk-progreso

Restauracja El Toro w Progreso

meksyk-progreso

Kurczak w panierce

Nasz karnawałowy pobyt w Progreso zakończyliśmy w typowym barze z ruchomymi kowbojskimi drzwiami. Poznaliśmy tam dwóch miłych bywalców, którzy wypili już nie jednego… i byli zainteresowani Polską więc powymienialiśmy się informacjami na temat naszych krajów. Co ciekawe do piwa zaserwowano nam przyprawy: chili i sól oraz limonkę. Zapytałam jednego z panów, co mam z tymi dodatkami zrobić, po czym on po prostu swoimi niezbyt czystymi paluszkami wsypał mi chili, sól do piwa. Byłam dość zaaferowana cała sytuacją, więc nawet nie pamiętam smaku, ale chyba nie było takie złe, bo wszystko wypiłam :P Kilka razy słyszeliśmy, że karnawał w Progreso jest lepszy niż w Meridzie, bo jest bardziej autentyczny, a w Meridzie jest bardziej skomercjalizowany. Cieszymy się, że mieliśmy okazję tego doświadczyć.

meksyk-progreso

Piwo z solą, chili i limonką!

El Corchito — rezerwat ekologiczny w Progreso

Ciekawym miejscem do odwiedzenia w Progresso jest rezerwat ekologiczny El Corchito. Koszt wstępu to 35 peso, czyli 6,5 zł, a więc niewiele, za to czeka nas sporo atrakcji. Najpierw płynie się motorówką przez lagunę, pod drodze widzieliśmy małego aligatora! Na drugim brzegu był do dyspozycji park ze zwierzętami: szopy pracze, żółwie, wiele ryb oraz oczka wodne, w których można się kąpać. Do tego w wielu miejscach były ławeczki i stoliki, przy których można piknikować. Tłoku nie ma, jest to przyjemne miejsce na relaks i ochłodę.

meksyk-progreso-corchito

Rezerwat ekologiczny El Corchito

Szopy pracze w Rezerwacie Ekologicznym El Corchito

Zapraszamy na krótki filmik z tego miejsca:

Merida – stolica Jukatanu

Naszym następnym przystankiem była Merida, stolica Jukatanu, która w ostatnich latach staje się coraz częściej odwiedzanym miejscem przez turystów. Miasto rozwija się i rozrasta, na obrzeżach widać wiele inwestycji amerykańskich koncernów, które ulokowały tutaj swój kapitał. Są szerokie ulice i wygląd jest nowoczesny. Centrum pozostaje jednak dalej gwarliwym i typowym dla latynoskich miast obrazkiem, z ulicznymi sprzedawcami i chaosem. Może właśnie połączenie nowego ze starym jest interesujące dla turystów, a także dla Amerykanów, Kanadyjczyków czy Europejczyków, którzy decydują się mieć tutaj dom na swoją emeryturę.

 meksyk-chelem

Wejście do ZOO w Meridzie

Merida została zbudowana na gruzach miasta Majów Ichkaansihó, które podbił hiszpański konkwistador Francisco de Montejo. Co ciekawe dom Montejo dalej stoi w centrum miasta i jest atrakcją turystyczną. Zaskakujący był także slogan, restauracji Montejo „El sabor que conquista”, czyli „Smak podboju”, co oczywiście odnosi się do konkwisty hiszpańskiej w tym regionie. Nasze doświadczenia w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie były takie, że istnieje wielki żal ludności natywnej w stosunku do białych najeźdźców i absolutnie nie wolno sobie żartować czy przywoływać tematu podboju w reklamach. Inaczej jest w Meksyku, tutaj ludzie wydają się pogodzeni z historią i jak widać, mają do siebie dystans, skoro taki slogan ich nie oburza. Ludzie w Meksyku czują się w znacznym procencie potomkami zarówno Majów, jak i Hiszpanów.

meksyk-merida

Restauracja Montejo promuje hasło: „Smak, który podbija”

W Merdzie co wieczór, około 20.30 odbywają się występy kulturalne na głównym placu. Zawsze można popatrzyć na coś ciekawego. My mieliśmy okazję oglądać tradycyjną grę w piłkę Majów: Pok ta Pok. Zawodnicy muszą przerzuć piłkę przez dość wysoko ustawioną obręcz, odbijając ją swoimi biodrami. Zadanie wydaje się niezwykle trudne, ale nie niemożliwe. Zapraszamy do obejrzenia krótkiego filmu z gry:

Meridzie doszło do niezwykłego spotkania, okazało się, że moja koleżanka Żaneta z gimnazjum podróżuje z mężem w tej części świata i w tym samym czasie odwiedzali Meridę więc załatwiliśmy im pokój w tym samym hostelu i dzięki temu mogliśmy zgrać nasze plany tak, żeby razem pozwiedzać miasto. Niesamowite jest to, że po 10 latach do spotkania dochodzi akurat w Meksyku!

meksyk-merida

Spotkanie po latach!!!

Dzibilchaltun — ruiny przy Meridzie

Wokół Meridy jest sporo atrakcji. Jedną z nich są ruiny majów Dzibilchaltun znajdujące się 17 km od miasta. Z samego rana udaliśmy się na stację autobusową, skąd można złapać autobus podjeżdżający niedaleko ruin. Ciężko było zrozumieć, gdzie mamy się ustawić, żeby zająć kolejkę do autobusu, wszyscy tylko niewyraźnie machali rękami, w końcu jeden strażnik podszedł i dokładnie pokazał, że tutaj jest kolejka, zdziwieni rozejrzeliśmy się i zrozumieliśmy, że kolejką był sznur poukładanych jedna za drugą toreb, a ludzie spokojnie siedzieli w różnych miejscach na krzesełkach. Na szczęście na tyle wcześnie zajęliśmy miejsce w kolejce, że mogliśmy zająć miejsce siedzące w autobusie, który ostatecznie został zapakowany pod sam sufit! Dojechaliśmy na miejsce około 8.00 rano. Od wyjścia z autobusu trzeba jeszcze przejść jakieś 10 minut. Byliśmy jednymi z pierwszych zwiedzających. Koszt biletu to 120 peso i w to wlicza się możliwość kąpieli w cenote, czyli naturalnym basenie wydrążonym w skale. Cenote znajdujące się na terenie ruin było zbiornikiem wody pitnej dla Majów. Kompleks jest ciekawy i teren, na którym się znajdują budowle dość duży. Znajduje się też tutaj muzeum, które przybliża historię tego miejsca. Najważniejszą budowlą jest „Świątynia Siedmiu Lalek”. W szczytowym okresie to miasto miało około 8000 budynków i mogło mieć do 25 tys. mieszkańców. Po podbiciu Majów Hiszpanie wybudowali w centralnym miejscu kaplicę.

meksyk-Dzibilchaltun

Dzibilchaltun

Po obejściu ruin przyszła czas na kąpiel w cenote. Jest ona bardzo głęboka, bo ma aż 40 m. Polecamy wziąć maskę do nurkowania. Trzeba przyznać, że po 10.00 rano robi się dość tłoczno w cenote, ale kąpiel jest i tak bardzo przyjemna i kojąca od upału. Można też posiedzieć i pomoczyć same stopy a wodzie a rybki zrobią pedicure :) Około godziny 14.00 czekaliśmy znowu przy drodze na autobus powrotny, który zjawił się na czas. Dzibilchaltun to ciekawe miejsce na jednodniową wycieczkę.

meksyk-merida-Dzibilchaltun

Cenote Xlacah w Dzibilchaltun

Cenote Santa Barbara – 3 w 1

Atrakcją wokół Meridy są liczne cenote. Na Google możemy znaleźć bardzo dużo opcji. W ciągu jednego dnia da się odwiedzić kilka cenote, które są położone w odległości około 50 kilometrów od Meridy. Przy stacji autobusowej Noreste stoi rząd busików, które mogą zawieźć Cię w kierunku cenote. Na początku planowaliśmy zwiedzenie kilku różnych cenote, ale po drodze dwie Niemki poprosiły o wysadzenie przy Santa Barbara. Szybko sprawdziliśmy na Google, że ma wysokie opinie, więc wysiedliśmy razem z nimi. Na miejscu okazało się, że to miejsce ma 3 cenoty w cenie 1 biletu. Po chwili zastanowienia zdecydowaliśmy, że zostajemy tutaj. Przy kompleksie jest też restauracja, w której można posilić się przed lub po kąpielach. Każdy dostaje tutaj po kapoku oraz wybór dojazdu do cenote powozem z konikiem albo na rowerach. Wybraliśmy konika, bo wydawało nam się to atrakcyjniejsze. Koń ciągnie wózek z ludźmi po torach. Ciekawe rozwiązanie. Po jakiś 10-15 minutach jazdy dociera się na miejsce. Trzy cenote znajdują się blisko siebie, więc pomiędzy miejscami kąpielowymi chodzi się piechotą. Przed kąpielą w pierwszej cenote są dostępne prysznice, w których należy się umyć. Następnie wchodzi się schodami pod ziemię, przez mały otwór, nad którym rozpościera się korzeń drzewa. Na dole widać pluskających się ludzi wokół drewnianej platformy, gdzie można zostawić swoje rzeczy. Woda jest krystalicznie czysta i podświetlona, tak by można było widzieć dno.

meksyk-santa-barbara-cenote

Pierwsza cenote w Santa Barbara

Druga cenote znajduje się kilkanaście metrów od pierwszej. Wejście do niej jest szersze, a na suficie i ścianach jaskini widać liczne stalaktyty. Przez wejście wpada plama światła, która pada na taflę wody. Jest to najpiękniejsza z tych trzech cenote.

meksyk-santa-barbara-cenote

Druga cenote w Santa Barbara

Do ostatniej cenote idzie się schodami i przechodzi przez wejście zrobione jakby w ścianie jaskini. W tej cenote było najmniej ludzi, więc mieliśmy cały basen dla siebie!

meksyk-cenote-stanta-barbara

Trzecia cenote, w której byliśmy sami

Po wyjściu czekał na nas koń z wózkiem, który dowiózł nas do wyjścia. Polecamy wziąć przekąski i coś do picia, bo woda męczy, więc pomiędzy jedną a druga kąpielą warto się posilić i napić.

meksyk-santa-barbara-cenote

Powrót z cenote

Valladolid – kolorowe kolonialne miasteczko

Leżąca 160 km od Meridy i 40 km od słynnego Chichen Itza, miejscowość Valladolid to urocze, kolonialne miasteczko. Można się tutaj zagubić w uroczych uliczkach, z których najbardziej znaną jest Calle de los Frailes. Prowadzi ona do dużego parku, w którym znajduje się klasztor świętego Bernardyna ze Sieny. Klasztor jest bardzo duży i budowla jest naprawdę piękna zarówno w dzień, jak i w nocy. W parku znajduje się duży napis Valladolid, z którym można sobie zrobić zdjęcie, typowe, ponieważ taki sam napis znajduje się prawie w każdej meksykańskiej miejscowości.

meksyk-valladolid

Park Sisal

Codziennie wieczorem o godzinie siódmej odbywaja się spacer po mieście z przewodnikiem. Wyruszają sprzed biura informacji turystycznej na głównym placu w Valladolid. Tylko trzeba upewnić się, że spacer będzie także w języku angielskim, gdyż nie zawsze jest dostępny dwujęzyczny przewodnik. Są to tzw. darmowe wycieczki z przewodnikiem, ale oczywiście na końcu jest się zachęcanym do zostawienia napiwku. W programie wycieczki jest omówienie historii Majów na podstawie obrazów lokalnego artysty, historia głównego placu Plaza de Armas, zwiedzenie głównego kościoła, odwiedzenie fabryki czekolady oraz zobaczenie typowego domu Majów. Jeśli ktoś zna hiszpański to polecamy muzeum San Roque. Znajduje się tutaj dużo informacji na temat historii miasta od najdawniejszych czasów poprzez podbój aż do dwudziestego wieku. Wejście jest za darmo, także każdy może tam zajrzeć.

meksyk-valladolid

Wycieczka z przewodnikiem po Valladolid

Jedną z największych atrakcji w Valladolid jest oczywiście cenote Zací, która znajduje się w środku miasta. Wejście to jedyne 30 peso. Jaskinia wydaje się bardzo głęboka, bo nie widać dna, na szczęście zawieszona lina pozwala odpocząć od ciągłego pływania. Można też wypożyczyć sobie kamizelki ratunkowe, w których można się zrelaksować i nie martwić o głębiny.

meksyk-valladolid

Cenote Zací w Valladolid

Wokół Valladolid znajduje się kilka innych cenot, do których dostać można się taksówką lub lokalnym busem. Polecamy dowiedzieć się w informacji turystycznej.

W Valladolid wynajęliśmy sobie pokój w hostelu Gayser na kilka dni. Hostel był bardzo czysty i miał małą kuchnię, w której można było znaleźć wszystkie potrzebne sprzęty do gotowania. Interesuące było to, że ściany pokoju kończyły się 0,5 m przed sufitem, gdzie wstawiono siatkę. Zapewne dlatego, że w pokoju nie było okna i taka siatka przy suficie była wentylacją. Pomysł logiczny, a jednak trochę niezręcznie było, bo wszystkie pokoje wokoło miało takie samo rozwiązanie i w efekcie wszyscy sobie bardzo hałasowali szczególnie osoby chodzące w nocy po korytarzu próbujące dostać się do kuchni czy toalet. Ja zawsze jestem przygotowana z korkami do uszu i zasłonką do oczu i w tym wypadku był to niezbędnik. Słyszałam, że w niejednym hostelu w Meksyku jest takie rozwiązanie.

Chichen Itza — jeden z nowych siedmiu cudów świata

Chichen Itza, czyli niezwykle dobrze zachowane miasto Majów, z którego najpopularniejszą budowlą jest Piramida Kukulkana. Dwa razy do roku w trakcie przesilenia wiosennego i jesiennego dochodzi do spektaklu światła, który padając idealnie po stopniach piramidy, sprawia wrażenie schodzącego po nich boga — węża, zwanego Kukulkán. Za każdym razem ten spektakl przyciąga tłumy.

meksyk-chichen-itza

Pierzaste wężę u stóp Piramidy Kukulkan

Do Chichen Itza pojechaliśmy autobusem z firmą Ado. Już dzień wcześniej kupiliśmy sobie bilet na stacji autobusowej tak, żeby rano nie mieć kłopotu. Około szóstej-siódmej wyjechaliśmy, także na miejscu byliśmy po niecałej godzinie, ale już była ustawiona dość spora kolejka. Wejście do Chichen Itza kosztuje sporo, bo 254 peso.

meksyk-chichen-itza

Piramida Kukulkan w całej okazałości

Piramida Kukulkana naprawdę robi wrażenie. Jednak trzeba zaznaczyć, że w połowie jest ona zrekonstruowana. Kiedy została odkryta, była pokryta roślinnością, która znacznie zniszczyła oryginalną budowle. Druga połowa Piramida została oczyszczona, ale nie zrekonstruowane także możemy zobaczyć jej faktyczne oblicze. Cały obszar archeologiczny szybko wypełnia się ludźmi, szczególnie wycieczkami z przewodnikami, którzy głośno opowiadają o zabytkach, że nawet można coś podsłuchać, jeśli tak jak my zdecydowało się na spacerowanie po ruinach samodzielnie. Mieliśmy przygotowaną aplikację z auto-przewodnikiem, która bardzo nam pomogła zrozumieć to miejsce. Trzeba przyznać, że Chichen Itza to niezwykła atrakcja, dlatego roiło się od turystów, a także od sprzedawców pamiątek, którzy mają rozstawione stragany w każdym kącie i trochę psują klimat miejsca nawołując co chwilę do kupowania ich upominków, które są praktycznie za darmo, jak to mówią. Samodzielne spacerowanie ma tę zaletę, że nie trzeba się śpieszyć, czekać na nikogo, ani być zmuszanym do słuchania zbyt wielu informacji, z których być może niewiele się zapamięta. Zamiast tego mogliśmy kontemplować budowle, przyglądać się rzeźbieniom i zastanawiać się jak ci ludzie tutaj tak naprawdę żyli. Z powrotem do Valladolid pojechaliśmy małym prywatnym busikiem, których pełno roi się przed wejściem.

meksyk-chichen-itza-1

Ściana Czaszek miejsce gdzie prawdopodobnie ustawiano na palach głowy przegranych w rytualnej grze w piłkę.

Tulum — malownicze ruiny z morską bryzą

Tulum to turystyczna miejscowość, gdzie ceny są dwa razy wyższe niż w przeciętnym miasteczku w Meksyku. My na czas naszego krótkiego pobytu w tej miejscowości żywiliśmy się u najtańszego Chińczyka, gdzie jedzenia było dużo i dość tanio jak na tę miejscowość. W miasteczku roi się od drogich restauracji i sklepów z pamiątkami. My jednak na nasz spacer wybraliśmy pobliski cmentarz. To zawsze bardzo ciekawe jak ludzie chowają swoich zmarłych i jak dbają o groby. Cmentarz, który zastaliśmy, był w średnim stanie. Zostaliśmy na wejściu powitani przez grupkę miejscowych pijaczków. Jeden z nich najbardziej trzeźwej przyszedł do nas i postanowił nas odprowadzić. Okazało się, że jego pracą jest konstrukcja nagrobków, także pokazywał nam te, z których był najbardziej dumny i te, które należały do jego znajomych oraz przy okazji opowiadał nam historie śmierci danych osób. Okazało się, że wiele osób zginęło w wypadkach samochodowych. Widać nie tylko w Polsce jest z tym problem. Pan był bardzo zadowolony, że mógł podzielić się z nami swoją wiedzą.

meksyk-valladolid

Cmentarz w Tulum

Oczywiście do Tulum przyjeżdżaj się po to, aby zwiedzić pobliskie ruiny Majów, które leżą przy plaży i dlatego widok na całość jest niesamowity. Z centrum Tulum do ruin jest kawałek, ale my postanowiliśmy przejść się piechotą. Zajęło nam to może 45 min. Na obszarze archeologicznym jest bardzo dużo ludzi, jak zwykle wiele ciekawych budowli, wokół których można sobie pospacerować. Zauważyliśmy, że największą atrakcją, były jednak wygrzewające się w słońcu iguany, które czasami poruszały się i cieszyły swoim widokiem turystów. Po przejściu terenu ruin można udać się na plażę. Woda w morzu jest bardzo ciepła i przyjemna a plaża znów zatłoczona. Tulum warte jest odwiedzenia mimo tłumów, które tam napotkamy, jest to unikalne miejsce z chyba najpiękniejszymi ruinami Majów.

meksyk-tulum

Strefa Archeologiczna w Tulum

Playa del Carmen — co się stało z plażą?

Playa del Carmen to już nasz ostatni dłuższy przystanek Meksyku. Właściwie mieliśmy zamiar odwiedzić miejscowość Cancun, ale okazało się, że nasz couchsurfer-host, który zaoferował nam zakwaterowanie, mieszka niedaleko Playa del Carmen. To małe miasteczko jest kurortem turystycznym, z niezliczoną ilością restauracji jeszcze droższych niż w Tulum i z plażą, która byłaby cudowna, gdyby nie dziwne wodorosty leżące zaraz przy linii wody, które znacząco psuły wizerunek całej plaży. Przyznać jednak trzeba, że plaża ma zadatki na rajską, woda jest niezwykle ciepła, lazurowa, plaża ma drobny piaseczek.

meksyk-playa-del-carmen

Plaża w Playa del Carmen

Jak już wspominałam, zatrzymaliśmy się u cochsurfera, który mieszkał w oddalonej dzielnicy od centrum Playa del Carmen więc musieliśmy tam pojechać lokalnym busem. Załadowaliśmy się z naszymi wielkimi plecakami, po czym w trakcie jazdy okazało się, że bus napełnił po same brzegi aż do sufitu, wszystkie miejsca siedzące i stojące były zajęte. Ciekawe, że bus jest niewiele wyższy od samochodu pasażerskiego i ludzie stojący musieli być zgięci w pół. Przy wysiadaniu nieźle musieliśmy się na gramolić. Nasz gospodarz nie był obecny, kiedy przybyliśmy, ale dał nam znać, że zostawił nam klucz w tajnym miejscu. Po wejściu do mieszkania okazało się, że są już tam dwie osoby z Łotwy, inni podróżnicy, którzy przyjechali wcześniej. Nie widzieliśmy, że będą z nami współdzielić mieszkanie naszego nowego kolegi Carlosa, bo nam o tym nie wspomniał, na dodatek okazało się, że zajęli dwa pokoje gościnne, a dla nas został korytarz z materacem na podłodze. Byliśmy trochę niepocieszeni, że nasz gospodarz w taki sposób zorganizował rozmieszczenie swoich gości, ale jako że to jest cochsurfing to nie powiedzieliśmy nic. I tak byliśmy mu bardzo wdzięczni, że nas przyjął pod swój dach i pozwolił korzystać ze swojego domu. Miał też bardzo fajnego psa, którego kilka razy wyprowadziliśmy na spacer pod jego nieobecność. Carlos jeździł z psem na motorze, umieszczając go w bocznym wózku i zakładając mu gogle na oczy. Wyglądało to przez komicznie i uroczo.

meksyk-playa-del-carmen

Nasz gospodarz z koleżanką i psem na przyczepce

Ostatniego dnia zamiast bezpośrednio na lotnisko najpierw pojechaliśmy autobusem z Playa del Carmen do Cancun. A następnie przesiedliśmy się na drugi autobus, w kierunku lotniska. Nie dosyć, że w ten sposób mogliśmy zaoszczędzić kilkanaście peso to jeszcze mieliśmy okazję trochę zobaczyć tej sławne miejscowości Cancun, która ostatnio niestety podobno staje się coraz bardziej niebezpieczna.

Pechowo nasze ostatnie chwile w Meksyku były dość stresujące. Nie dość, że autobus jechał trochę dłużej, niż myśleliśmy na lotnisko, to jeszcze na miejscu okazało się, że wymagają od nas dowodu wyjazdu z Kostaryki, czyli kraju, do którego lecieliśmy z Meksyku. Mieliśmy kupiony bilet lotniczy z Panamy do Kolumbii, więc myśleliśmy, że jest to logiczne, że w niedługim czasie będziemy wyjeżdżać z Kostaryki do Panamy, jednak dla pracownika linii lotniczych nie był to wystarczający dowód i nie chciał dokończyć naszej odprawy lotniczej, dopóki nie pokażemy mu biletu autobusowego lub lotniczego, na wyjazd z Kostaryki. Mieliśmy 10 minut na znalezienie jakiegoś połączenia i zarezerwowanie biletu, w przeciwnym razie nie zostalibyśmy wpuszczeni do samolotu. Były to stresujące minuty. Na szczęście mój kolega João z Panamy, którego znam od wielu lat z Portugalii, jakiś czas temu rozpisał mi fajną trasę podróży z Kostaryki do Panamy i okazało się, że istnieje firma przewozowa między dwoma przygranicznymi miastami. Udało nam się zarezerwować busa z Puerto Viejo do Bocas del Toro, którego cena była przystępna. Była to nasza przepustka. Biletu nie mieliśmy jednak zamiaru wykorzystywać i na szczęście został anulowany bezpłatnie po kilku dniach przez firmę przewozową, bo nie podaliśmy adresu hotelowego do odbioru. Tak udało wydostać nam się z Meksyku:)

meksyk-alto

Co ciekawe na Juktanie znaki STOP mają hiszpański napis ALTO! Ale po kształcie każdy się domyśli 🙂